Ławki haremu zawrzały do szeptów. Wieści się rozchodziły i po chwili wszyscy goście rozmawiali już tylko o tym. Darcy się zastanawiała, czy stali za tym Malkontenci. To grupa wampirów, którzy nienawidzą Romana. Uważali, że żywienie się ludźmi jest świętym prawem wampirów, więc odrzucili ideę sztucznej krwi i regularnie atakowały Romatech, na przykład podkładając bomby. .

Drogę przez las pokonywałam w najszybszym dla siebie tempie. Mogłam oczywiście skorzystać z samochodu, jednego z wielu, ale nie byłam w stanie. Moje ciało nadal przypominało galaretę. W lesie panował półmrok i krajobraz otaczający mnie zdawał się złowrogi. Dopiero po dziesięciu minutach marszu i ciągłego potykania się o konary drzew zdałam sobie sprawę, że popełniłam wielki błąd wybierając się na ten spacerek. Byłam zmarznięta, przestraszona i nie miałam bladego pojęcia gdzie się znajdowałam. Zabłądziłam. Czy nie mogłam najpierw pomyśleć, że opuściła mnie już zdolność fenomenalnej orientacji topograficznej? Że moje ciało będzie reagowało na niską temperaturę i deszcz, który zaczął padać jakby na złość wszystkiemu. Oddychanie przychodziło mi z wielkim trudem, postanowiłam odpocząć i przystanęłam pod wielkim świerkiem. Drżałam z zimna zastanawiając się co dalej?! Mogłam zacząć wzywać pomoc, a mój ukochany na pewno pojawiłby się przy mnie w mgnieniu oka. Z drugiej strony miałam świadomość, że wówczas zapewne nie pozwolono by mi samej spacerować po lesie, w ogóle wychodzić bez osobistej ochrony w postaci Emmetta lub Jaspera. Na to nie mogłam sobie pozwolić! Już i tak traktowano mnie jak małe dziecko potrzebujące ciągłego nadzoru. Zamknęłam oczy by móc skoncentrować się na myślach dotyczących mojego ewentualnego powrotu, starałam się odświeżyć w głowie trasę jaką pokonałam. Równie dobrze mogłam wynaleźć jakieś nowe równanie matematyczne. Byłam skazana na porażkę, w dodatku na tą bardzo gorzką. Sceneria otaczająca mnie doprowadzała wprost do ataku paniki, przypominała o chwilach grozy i wielu rzeczach których wolałam wówczas nawet nie wspominać. W ostatnim przypływie rozsądnego myślenia uświadomiłam sobie, że mam przy sobie telefon komórkowy. Rosalie była moim ostatnim i jedynym zresztą kołem ratunkowym.. - Szef chce się z tobą zobaczyć – powiedziała – Dzwonię z jego biura.. Najmniejsze ryzyko, że chybisz. Celując w nogę czy rękę, ryzykujesz, że tylko ich zranisz... A. Wstałam powoli czując jakbym była dwa razy starsza i poszłam do kuchni żeby wyciągnąć coś z lodówki na kolację. Nie byłam głodna, ale tłumaczyłam sobie surowo, że potem będę głodna i będę musiała i tak coś zjeść.. Ani dziecko. Moja kuzynka Hadley była bardzo urodziwa i wyszła za przystojnego faceta.. Niebezpieczeństwie, a nie on.. - Ale on jeszcze tego nie zrobił. To wszystko jest jeszcze przed nim... może.